Wychodząc z domu sprawdzam stan gotówki w moich kieszeniach. "Dwa złote, w sam raz na bilet autobusowy" - zahuczało w głowie. Idąc szybkim krokiem zahaczam o automat biletowy bo nie trzeba stać w kolejkach jak w sklepach czy kioskach, a czas w tej chwili na wagę złota. Wybieram opcje numer dwa i wrzucam pieniążek. Słychać zggggrzyyt. Bilet wydrukował się, to prawda ale dwa razy węższy niż powinien. "Znowu trzeba dzwonić do serwisu, podawać adres aby wysłali mi pocztą bilet za dwa złote", myśl przebiegła. Ale nie mam na to czasu, najpierw trzeba się zastanowić co teraz zrobić? Stan gotówki - zero, spóźnienie gwarantowane a pod pachami nie pachnie fiołkami. Postanowiłem iść piechotą a i po drodze jest bankomat, co prawda nie mojego banku i 5zł oddam biednym panom bankierom ale nie mam wyboru. Przyspieszam kroku a po chwili widok napisu informującego mnie o czasowej niedostępności bankomatu powoduje, że podejmuje decyzje. "Pojadę na gapę".
Jednak w czasie drogi, koło szpitala coś! wpadło mi do oka, nie wiem co ale swędziało i prowokowało do tarcia. "I co teraz?" - kolejna decyzja do podjęcia. Odpowiedz ciała bardzo szybka i intuicyjna. Jeszcze bardziej przyspieszam kroku. Idę tak sobie i boję się trzeć oko paluchami bo już raz sie to źle skończyło. Ostry dyżur nie wspominam miło, ale swędzi tak, że nie wytrzymam tych 45min drogi która mi jeszcze została. W oddali jednak zobaczyłem Urząd Marszałkowski, moje zbawienie zatem skręcam i idę w jego stronę. Tam przecież musi być toaleta posiadająca lustro i zlewozmywak.
Toalety oczywiście są ale dopiero na drugim piętrze. Najpierw damska, później dla inwalidów a męskiej brak, "widocznie nie pracują tutaj żadni mężczyźni" z tą myślą ciągnę za klamkę od toalety dla inwalidów. Zamknięta. "No dobra, pilna sprawa, kobiety to zrozumieją". Gdy wyzwalałem moje oko od ciała obcego zauważyłem jak jeden z przedstawicieli rodzaju męskiego wszedł do toalety i nabrał wody do naczynia, po czym wyszedł. Odetchnąłem z ulgą. Oko nie piecze a i nie byłem jedynym samcem w toalecie.
Gdy w końcu dotarłem na przystanek autobusowy zobaczyłem korek. Wielki korek, bynajmniej nie od butelki wina. Głośny, śmierdzący korek. "Trzeba się uzbroić w cierpliwość. Autobus szybko nie przyjedzie" pomyślałem i od razu przypomniało mi się, że ma czekanie najlepsza jest muzyka. Odtwarzacz mp3 już po chwili był uruchomiony a muzyka sączyła się ze słuchawek. "Każdy odtwarzacz mp3 zanim zacznie być sprzedawany w Unii Europejskiej musi przejść testy. Nie może grać za głośno, bo może to zniszczyć słuch. Dlatego też w europie słucha się ciszej muzyki." Myślą o ludzkim zdrowiu, to dobrze, ale stoję przy ulicy i nic nie słyszę. Ciężarówki, samochody, koparki zagłuszają nawet własne myśli. Próbuje pogłośnić ale koniec końcem wyłączam bo nie daje mi to przyjemności. W mieście się nie da słuchać muzyki, posłucham gdzieś indziej.
Sekunda, minuta. Minuta, minuta. Dziesięć minut. Zobaczę na rozkład jazdy kiedy ten autobus przyjedzie, w końcu muszą się jakoś trzymać czasu, nie wiem jak, ale jakieś sposoby muszą mieć. Już powinien być. Nie ma go, przecież są korki, nic na to nikt nie może poradzić, przecież autobus nie pofrunie. O, jedzie coś. Sekunda. Minuta, minuta. Pierwszym autobusem nie pojechałem, bo jechał w inną stronę. Drugim autobusem też nie pojechałem, ale na szczęście trzeci pasuje. Co prawda dużo ludzi w nim było ale nie wybrzydzajmy, bywało gorzej. Wpycham się.
Gdy wysiadłem z autobusu zobaczyłem jak tramwaj podjeżdża i zatrzymuje się na przystanku po drugiej stronie ulicy. Czeka, nie wierze!, motorniczy czeka na mnie. Widzi ludzi wychodzących z autobusu idących w jego stronę. Biegnę. Mogę zdążyć.
Zamknął i odjechał. No cóż, jeszcze tylko jakieś pół kilometra na piechotę będę na miejscu.